Ludzie, którzy kochają życie pełną piersią, są zawsze pogrążeni w nostalgii, w chwili, która właśnie minęła. Będąc młodym człowiekiem, kochałem rzeczy, które minęły lub które nie istniały już w takiej formie, jak w chwili ich powstania. Dzisiejsze dzieci wciąż identyfikują się z "Mikołajkiem". Nadal możemy w nim
Jak edukacja przedszkolna wpływa na rozwój dziecka i czy ma ona realny wpływ na jego dorosłe życie? Życie każdego człowieka przebiega w bardzo podobny sposób. Dzieciństwo i etap dorastania przygotowują nas do dorosłego życia, w którym musimy stawiać czoła wielu problemom życia codziennego i radzić sobie z podstawowymi rzeczami.
Opowieść rozpoczyna się w szkole Mikołajka, kiedy fotograf próbuje zrobić grupowe zdjęcie. Niestety, po wielu nieudanych próbach i bójkach, fotograf rezygnuje. Mikołajek i jego przyjaciele przeprowadzają zabawę w kowbojów, a tata Mikołajka i pan Blédurt zgodnie przyjmują rolę Indian. Następuje zmiana nauczycieli w szkole
Moje dorosłe życie 19 Budowanie relacji to nie tylko poznanie drugiej osoby. Budowanie relacji jest wtedy, kiedy: – rozmawiasz z drugą osobą, – słuchasz jej, – poświęcasz jej swój czas. Więcej informacji na temat budowania relacji znajdziesz w broszurze Moje relacje z ludźmi. Jak zacząć samodzielne życie?
Eryngium x zabelii `Neptune`s Gold`. Mikołajki to wspaniała grupa roślin na ciężkie dla innych roślin stanowiska czyli suche, jałowe i w pełnym słońcu. Jest ich bardzo dużo ciekawych gatunków i odmian od mikrusów 20 cm do całkiem sporych 150 cm. Mikołajek x zabelii `Neptune`s Gold to prawdziwa gwiazda, zdobywca WINNER UK
dorosłe dzieci jola_iza 10.03.04, 22:44 Nie chcę być toksyczną matką, aleNo własnie,ale co zrobić jak jedna córka
lYeF. Charakterystyka Mikołajka | wypracowanie Mikołajek jest małym, ośmioletnim chłopcem pochodzącym z Francji. To główny bohater cyklu powieści autorstwa Rene Goscinnego. Mikołajek wraz z rodzicami mieszka we Francji, gdzie uczęszcza również do szkoły podstawowej. Ma tu wielu kolegów – przyjaźni się m. in. z Rufusem, Gotfrydem, Maksencjuszem, Kleofasem, a także z Joachimem i Alcestem. Jest bardzo energicznym i przebojowym chłopcem, toteż swoim zachowaniem niejednokrotnie sprawia kłopoty rodzicom i nauczycielom. Książki o życiu i przygodach Mikołajka zostały napisane ponad pół wieku temu, stąd odmienne realia, w których wychowuje się chłopiec. Mimo to bohater budzi naszą sympatię i jest postacią, z którą mogą utożsamiać się współczesne dzieci. W utworach tych narracja prowadzona jest w pierwszej osobie. Narratorem jest sam Mikołajek, który opowiada nam o swych szkolnych przygodach i relacjonuje śmieszne, zaskakujące wydarzenia ze szkoły, podwórka i z domu. Jego barwne, okraszone inteligentnym dowcipem relacje tym bardziej ułatwiają młodym czytelnikom wcielenie się w jego postać i przeżywanie wspólnie z nim jego przygód. Wygląd zewnętrzny Mikołajka poznajemy dzięki ilustracjom Jeana Jacques’ a Sempé, które stanowią świetne uzupełnienie kolejnych książek. Mikołajek przedstawia się nam jako mały, ale też i dziarski chłopiec, dość niesforny, rezolutny i obdarzony niesamowitą energią, którą potrafi spożytkować w poszukiwaniu kolejnych przygód. Mikołajek jest też dumny i odważny – nie boi się nowych wyzwań. W trakcie lektury książek wchodzących w skład cyklu przekonujemy się, że Mikołajek jest sprytnym, pomysłowym i niezwykle inteligentnym chłopcem. Autor przedstawia go jednak jako bohatera, z którym bez problemu mogą utożsamiać się dzieci – nawet te wywodzące się z innych kręgów kulturowych. Bohater nie jest wcale idealizowany – wręcz przeciwnie. Goscinny nie stroni od ukazywania jego wad, słabostek, wynikających poniekąd z dziecięcej, ludzkiej natury. Mikołajek jest więc psotliwy, lubi rozrabiać i płatać figle. Tym samym ściąga na siebie niejednokrotnie kłopoty, choć wcale nie to było jego zamierzeniem. W głowie ma mnóstwo pomysłów, które zaraz i nie licząc się z trudnościami, chce wcielać w życie. Stara się być nieugięty i realizować swe marzenia. Jednym z jego największych „nabytków” jest cygaro, którym wprawdzie się zatruwa (podobnie jak po przejedzeniu się cukierkami), ale też dzięki niemu ma poczucie bycia ważnym i dorosłym. Rodzice muszą cierpliwie znosić jego kolejne wybryki. Często brakuje im już sił i pozostaje tylko załamanie rąk nad synem. Mikołajek chce, by rodzice byli z niego dumni. Dlatego mówi im, że jest w pierwszej dziesiątce ocen z klasówki, nie wspominając przy tym, że tylko 10 uczniów pisało ten test. Uwidacznia się w tym jego spryt, przebiegłość i niebywale bystry umysł. W gruncie rzeczy – mimo swego niesfornego zachowania, Mikołajek ma dobre intencje i czułe, wrażliwe serce. Przejęty losem zbłąkanego psa, postanawia go przygarnąć i się nim zaopiekować. Ma jednak pecha, gdyż właściciel psa odnajduje się i w końcu musi oddać mu swego nowego przyjaciela. Bohater jest ciekawy świata i żądny przygód. Nie wszystkie jednak jego pomysły się udają, a jego zapał najczęściej szybko się wyczerpuje. Przykładem tego może być ucieczka z domu – Mikołajek miał już gotowe, spakowane rzeczy, ale do realizacji planu zniechęciła go nadchodząca noc. Mikołajek wytrwale zmierza do obranych przez siebie celów. Jest nieugięty i nie zraża się przeciwnościami, które pojawiają się na jego drodze. Oczywiście jeśli w międzyczasie coś innego, jakiś inny cel, bardziej go nie zafrapuje, a cała zabawa zbytnio mu się nie znudzi. Chłopiec był też otwarty na nowe znajomości. Potrafił być koleżeński, ale z drugiej strony w kontaktach z kolegami często starał się postawić na swoim, co niejednokrotnie kończyło się kłótnią i bijatyką. Jego najlepszym kolegą był Alcest. Mikołajek uważał, że kolega dlatego jest taki gruby, ponieważ ciągle je. Na dodatek zauważył, że nie myje on nigdy rąk. Mimo tego chłopcy zawsze świetnie się bawili, a najbardziej lubili zabawę na dworze, w ogrodzie. Mikołajek, praktycznie jak każde dziecko w jego wieku, był bardzo żywiołowy i miał w sobie mnóstwo energii – stąd tak dużo pomysłów i tak wielka w nim chęć, by odkrywać nowe, nieznane dotąd rzeczy. Był jednak dobrym dzieckiem i usiłował zachowywać się należycie, choć nieraz, mimo szczerych chęci, nie zbyt dobrze mu to wychodziło. Niekiedy miał po prostu pecha, który sprawiał, że niezamierzenie wikłał się w nowe tarapaty. Dzięki pomysłowości szybko potrafił wyjść obronną ręką z niejednej opresji. Mikołajek ze swoją charyzmą, sprytem i odwagą, a także dobrym, czułym i wrażliwym sercem jest postacią, którą bardzo łatwo polubić. Poznając go, zyskać możemy prawdziwego przyjaciela. I choć nieraz potrafi być urwisem i nieźle zajść za skórę, w gruncie rzeczy wszyscy darzą go szczerą sympatią. W końcu ma wielu kolegów, którzy chętnie włączają się do wymyślanych przez niego zabaw, doceniając jego bystry umysł i wybujałą wyobraźnię. Seria książek o Mikołajku może przypaść do gustu nie tylko dzieciom, ale i ich rodzicom, którzy dzięki nim będą potrafili innym, bardziej przyjaznym i wyrozumiałym okiem spojrzeć na wybryki i figle swych małych urwisów. Rozwiń więcej
Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego było państwem w państwie. Kontrolowało i prześwietlało wszystkie sfery życia w powojennej Polsce. Bezpieki obawiali się nawet wysoko postawieni funkcjonariusze partii. Ministrem był Stanisław Radkiewicz, ale szarą eminencją miała być Julia Brystygier. Kiedy w Związku Patriotów Polskich w Moskwie, jeszcze przed końcem wojny, zaczęto dyskutować o tym, jak nową powojenną Polskę urządzić, było jasne, że łatwo nie będzie, a utrzymanie władzy bywa trudniejsze niż jej zdobycie. Stąd w tworzonych już latem 1944 r. nowych strukturach państwa zasadnicze miejsce przypadło Resortowi (później Ministerstwu) Bezpieczeństwa Publicznego, które miało trzymać społeczeństwo w karbach. Otrzymało ono potężne środki finansowe (miało większy budżet niż ministerstwo oświaty i wielokrotnie większy niż ministerstwo zdrowia) i niemal nieograniczoną władzę. Według danych przytoczonych w publikacji IPN „Aparat Bezpieczeństwa w Polsce. Kadra kierownicza” na jednego funkcjonariusza bezpieki przypadało ok. 1300 obywateli, a w połowie lat 50. za „element podejrzany” uważano ponad pięć milionów obywateli (tyle nazwisk znalazło się w kartotekach). W kolejnych fazach umacniania nowego systemu bezpieka rozprawiła się z niepodległościowym podziemiem, opozycją polityczną, by na końcu przystąpić do walki z najważniejszym przeciwnikiem – Kościołem. Droga Julii Brystygier do bezpieki nie była typowa, nie wyszła ona np. ze szkoły NKWD jak niektórzy inni wysoko postawieni funkcjonariusze w MBP. Podobno w ogóle nie chciała pracować w resorcie bezpieczeństwa. Jak opowiadał Jakub Berman w rozmowie z Teresą Torańską, Luna uważała, że „niezbyt się zna na tej robocie”. Przekonać mieli ją Gomułka i Bierut: „Powołali się na obowiązek partyjny, dali nakaz i poszła. Została dyrektorem Departamentu V Społecznego i pod swoją opieką miała sprawy kleru oraz środowisk twórczych”. Patrząc na zainteresowania Julii i wcześniejszą działalność – zaangażowana była w redagowanie komunistycznych pism, odezw, sprawy propagandy, ale też kwestie społeczne, pomoc dla komunistów przed wojną i w czasie wojny itp. – można by przypuszczać, że rzeczywiście myślała o miejscu dla siebie w innym ministerstwie. Luna była już wtedy zasłużoną i doświadczoną towarzyszką, która całe dorosłe życie podporządkowała służbie idei komunistycznej, więc nawet jeśli jakieś wątpliwości co do służby w bezpiece miała, to szybko o nich zapomniała. Kontroli Brystygier podlegały organizacje młodzieżowe i społeczne, partie polityczne, instytucje kulturalne i oświatowe, a także Kościół katolicki i inne związki wyznaniowe. Jej ludzie pisali więc charakterystyki biskupów, ale też kandydatów na studia, rozbijali legalną początkowo opozycję i zajmowali się byłymi akowcami (choć zasadniczo walka z tzw. reakcyjnym podziemiem należała do Departamentu III). Tysiące spraw dużych i małych, ale dla podejrzanych zawsze poważnych. Znalezienie się w polu zainteresowania bezpieki nie wróżyło niczego dobrego: w najlepszym razie nieprzyjemności i kłopoty, w najgorszym – wieloletnie więzienie lub śmierć. O nadzwyczajnej pozycji Luny w MBP świadczyło jednak nie to, że jej departament zajmował się tak wieloma różnorodnymi sprawami, ale raczej fakt, że ona sama wiele decyzji podejmowała samodzielnie, nie tłumacząc się z nich nawet ministrowi. Co więcej, jak twierdził Berman, „w wielu przypadkach starała się zachować pewną samodzielność, opierając się takim czy innym sugestiom doradców radzieckich, co nie było proste”. Sowieccy doradcy byli wtedy umieszczeni przy ministrze, w poszczególnych departamentach resortu i urzędach bezpieczeństwa w terenie. Liczba doradców mogła sięgać kilkuset osób. W każdym razie fakt, że Luna próbowała nie brać pod uwagę „sowietników”, pokazuje, jak pewnie się czuła i jak silna była jej pozycja w resorcie. O tym, dlaczego Julia miała taką władzę, krążą różne opowieści, często oparte na plotkach o jej rzekomych romansach z najbardziej wpływowymi w powojennych latach komunistami: Jakubem Bermanem, Hilarym Mincem czy nawet samym Bierutem. Rzeczywiście od czasów ZPP w Moskwie Luna znała dobrze Bermana, a jeszcze wcześniej w Samarkandzie poznała Minca, ale nic o bardziej intymnym charakterze ich relacji nie wiadomo. Z pewnością jednak Julia Brystygier należała do komunistycznej elity, wąskiego grona jeszcze przedwojennych polskich komunistów, którzy przetrwali stalinowską czystkę w 1937 r. Bez względu na przyczyny rzeczywista pozycja Luny w strukturach władzy powojennej Polski była zdecydowanie wyższa, niż wynikałoby to ze stanowiska dyrektora departamentu. Inna sprawa, że na uznanie Bermana i innych Luna solidnie zapracowała – była piekielnie inteligentna i bystra, umiała planować operacje nie trzy, ale kilkanaście kroków naprzód i jak nikt inny w szeregach bezpieki wydawała się znać ludzką naturę i umieć szukać u przeciwników ich najsłabszych punktów. Właśnie tę umiejętność wykorzystała w walce z Kościołem, kładąc nacisk na rozpracowywanie go od środka. W swoich instrukcjach zwracała uwagę np. na fakt, że mimo celibatu księża mają rodziny, mają matki i tam należy uderzać. Albo że idealną metodą umieszczenia agentów w uważanych za niedostępne klasztorach jest wykorzystanie żebraków. Luna, wbrew swoim obawom, że się nie zna na tej „robocie”, okazała się – znów wedle słów Jakuba Bermana – „naprawdę wybitnym pracownikiem Bezpieczeństwa i na tle innych dyrektorów czy naczelników nieodznaczających się wielkimi talentami i stosujących dosyć toporne często metody zdecydowanie się wyróżniała”. Taka ocena nie jest zaskakująca, bo brak kadr był jedną z największych bolączek polskich komunistów na nowo urządzających powojenną Polskę. W raportach MBP z pierwszych lat działalności powtarza się utyskiwanie na nieobsadzone etaty. Co prawda o kadrach dla Służby Bezpieczeństwa myślano już dużo wcześniej – jesienią 1940 r. Sowieci zorganizowali tzw. Aleksandrowską Szkołę NKWD, do której trafili też Polacy. Część z nich kontynuowała później szkolenie w specjalnej szkole w Gorki, wśród nich Józef Czaplicki, późniejszy szef Departamentu III. Kolejne szkolenia prowadzone przez NKWD odbyły się nieco później, w 1944 r., w Kujbyszewie – stąd ich absolwentów nazwano później „kujbyszewiakami”. Poza nimi w bezpiece znaleźli się też inni funkcjonariusze, którzy współpracowali lub pracowali z NKWD jeszcze wcześniej. Wśród nich np. Józef Różański, późniejszy szef Departamentu Śledczego, który dla sowieckiego aparatu represji pracował już od 1939 r. Wyszkolonych przez NKWD specjalistów było jednak za mało, poza tym potrzebni byli funkcjonariusze niższego szczebla. To również od nich miało zależeć powodzenie zainstalowania komunizmu w Polsce, więc nie zostawiono tej sprawy przypadkowi. Kadrami w MBP zajmował się przysłany przez Sowietów pułkownik Mikołaj Orechwa. W opracowanej już w kwietniu 1945 roku instrukcji określił, kto może być przyjęty do służb: osoby ideowo oddane sprawie demokracji, które prezentują wysoki poziom moralny, mają odpowiednie kwalifikacje fachowe i fizyczne oraz dostateczne wykształcenie ogólne. W praktyce lojalność wobec sprawy komunistycznej – to, czy ktoś jest politycznie pewny – bywała jedynym z wymaganych warunków. Wielkim problemem było też kiepskie wykształcenie funkcjonariuszy, z których niektórzy mieli ukończonych tylko kilka klas szkoły podstawowej, np. jeden z najbardziej brutalnych oficerów śledczych, ppłk Józef Dusza, ukończył jedynie siedem klas szkoły podstawowej. Trudno powiedzieć, ilu pracowników MBP było w rzeczywistości zagorzałymi komunistami, a dla ilu decydująca w wyborze pracy była jednak możliwość awansu społecznego. A także poczucie władzy, które wcale nie musiało wiązać się z wysokimi stanowiskami, bo przecież i strażnik w areszcie miał nad uwięzionymi władzę niemal absolutną. W tym kontekście ciekawy jest list oficera śledczego Jana Kierasa. Kiedy w bezpiece rozpoczęły się pierwsze rozliczenia, Kieras został zwolniony z pracy (za stosowanie tzw. niedozwolonych metod, czyli przemocy) i w grudniu 1954 r. napisał taką oto skargę: „Zwolnienie z pracy w organach BP, było dla mnie podobne do pozbawienia człowieka tego, z czym nigdy się nie rozstawał na przestrzeni szeregu lat, co uważał za cząstkę swojego życia, za coś bez czego nie wyobrażał sobie życia”. I dalej: „Już nie wiem, Towarzyszu jak mam prosić i do kogo się zwrócić, by mnie choć trochę zrozumiano, że przecież jako syn wiejskiego biedaka, znającego jedynie pracę u bogatych kułaków, aż do wyzwolenia nawet nigdy nie pomyślałem, bym mógł być czymś innym niż mój ojciec. A jednak od pierwszych chwil po wyzwoleniu pokochałem to nowe nieznane i niezrozumiane, dla którego gotów byłem w każdej chwili oddać wszystko nawet życie. Dzisiaj chociaż by mnie nawet postawiono pod mur, lub cięto na kawałki, to do ostatniej chwili będę twierdził, że przez cały czas w organach BP pracowałem jak tylko najwierniej i najuczciwiej dla Partii i dla Ojczyzny […]”. Choć sposób myślenia Kierasa – z obecnego punktu widzenia – może wydawać się trudny do zrozumienia, nie był jednak wtedy odosobniony. Nie był on jedynym, jak sam określał, „ciemnym synem chłopskim, pastuchem i wyrobnikiem”, który służbę w bezpiece postrzegał jako swego rodzaju prezent od losu, szansę na lepsze życie dla siebie. W kontekście tego, z czym wiązała się ta praca, jest to wstrząsająca konkluzja. Piętnastego maja 1945 roku minister bezpieczeństwa publicznego Stanisław Radkiewicz wydał rozkaz nr 19, grożący pociągnięciem do odpowiedzialności tych funkcjonariuszy Urzędów Bezpieczeństwa Publicznego oraz Milicji Obywatelskiej, którzy dopuszczali się wobec zatrzymanych „czynów bezprawnych” i stosowali „niejednokrotnie niedopuszczalne metody bicia i znęcania się”. A takie metody, jak pisał minister, „przejęte od hitlerowców i faszystów” były niegodne pracowników bezpieki. Radkiewicz mógł wydać taki rozkaz, zdarzały się nawet przypadki wyciągania konsekwencji wobec brutalnych ubeków, ale w rzeczywistości przemoc, i to na straszną skalę, była wpisana w system. Owe „niedopuszczalne metody bicia i znęcania się” były na porządku dziennym. Co więcej, to pod kątem właśnie brutalności oceniano użyteczność oficerów śledczych. Jeśli ktoś nie umiał bić, uznawano, że nie umie pracować. Okrucieństwo wobec przesłuchiwanych nasilone było zwłaszcza w pierwszych latach powojennych, kiedy bezpieka miała rozbić niepodległościowe podziemie, a potem legalną jeszcze początkowo opozycję. W październiku 1956 r. na VIII plenum KC PZPR powołano komisję do zbadania odpowiedzialności partyjnej za wypaczenia w organach bezpieczeństwa. W jej sprawozdaniu czytamy, że wytworzony został „cały system udręk, poniżających godność człowieka, doprowadzających podejrzanych do krańcowego wyczerpania, a w wielu wypadkach do stanu obłąkania”. Zaznaczono też, że choć pod koniec 1949 r. bicie stało się mniej powszechne, to jednak zachowano wiele takich metod, jak np. zamykanie nago w karcerze czy tzw. konwejer, czyli przesłuchiwanie bez przerwy przez kilka dni (zmieniali się tylko przesłuchujący). Jak w tej systemowej przemocy odnalazła się Julia Brystygier? Trudno ustalić dokładnie moment, kiedy zaczęła być nazywana Krwawą Luną, ale powodem nadania jej takiego przydomka miało być jej osobiste okrucieństwo, podszyte sadystycznymi fantazjami. Jednak wbrew temu, co się o Brystygierowej mówi i pisze, jak dotąd nie ma udokumentowanych relacji o tym, że rzeczywiście osobiście znęcała się nad więźniami. Te przypadki, które są opisywane, albo są nieścisłe, albo pochodzą z niewiadomego źródła. Zastanawiające też jest, że choć nie brakuje dowodów na osobiste okrucieństwo innych funkcjonariuszy MBP, to jednak właśnie Julia Brystygier stała się swego rodzaju mrocznym symbolem bezpieki. Być może wpłynął na to fakt, że była jedyną kobietą na tak wysokim stanowisku w MBP, co przyciągało do niej uwagę i nie przysparzało przyjaciół. To, że Luna mogła nie mieć na rękach krwi w sensie dosłownym, nie zmienia faktu, że musiała wiedzieć o tym, co dzieje się kilka pięter pod jej gabinetem na ulicy Koszykowej w Warszawie. Wydawała instrukcje, decyzje i wiedziała, co one oznaczają. Jej późniejsze, już z połowy lat 50., tłumaczenia, że nigdy nie była w areszcie, ani nie brzmią wiarygodnie, ani nie zmieniają jej odpowiedzialności moralnej i karnej.
Jak to zrobić? Staram się znaleźć odpowiedź na to pytanie mniej więcej od momentu, w którym skończyłam szkołę. Dlaczego nikt nie przygotował mnie na to, że to będzie takie trudne? Przecież to pytanie może zostać bez odpowiedzi jeszcze przez wiele lat. To, że otrzymałam dowód osobisty nie oznacza, że wiem co mam robić... To bardzo frustrujące. W jaki sposób w ogóle mam zacząć? A może zacząć od znalezienia pracy i wszystko samo się potoczy? No właśnie nic. To, że zarabiam te swoje marne grosze nie pomaga mi wpaść na dalszy trop dorosłego życia, a nawet bardziej mnie dołuje. Prawdobodobnie dlatego, że moje zajęcie, choć samo w sobie jest satysfakcjonujące i mogłabym powiedzieć, że na prawdę lubię, to co robię, to niestety nie przekłada się na zarobki, nie wspominając już o jakichkolwiek perspektywach. Co z tego, że robię coś co sprawia mi przyjemność, skoro nie pozwala mi to na uniezależnienie się? Powinnam znaleźć lepiej płatną pracę, choć prawdopobodnie wiązałoby się to z pracą za biurkiem lub czymś innym, równie monotonnym i mało satysfakcjonującym. Myśl o chodzeniu umęczonym do miejsca pracy tylko dlatego, że pracować trzeba, bo inaczej wszystko szlag trafi jest okropna. To wszystko to błędne koło. Zawsze jednak chodzi o pieniądze. A pieniądze = przyszłość. Jakakolwiek przyszłość, przynajmniej niedaleka. Trzeba zacząć myśleć przecież o przyszłości poważnie. Jak nie teraz, to kiedy? Nikt tego nie zrobi za mnie, za nas. Istnieje w moim życiu coś takiego jak my, para, związek dwóch osób. Niestety nie może się to na razie przerodzić w coś innego, przejść na inny etap. Dlaczego? Bo pieniądze. No bo jak tu zacząć życie razem, jeżeli nie możemy sobie pozwolić nawet na wynajem wspólnego mieszkania, nie mówiąc już o zakładaniu rodziny. Choć jesteśmy jeszcze młodzi i mamy czas na zakładanie rodziny w "pełnym" jej wymiarze, to przecież chodzi mi to po głowie. I zastanawiam się często, jak do tego dojdziemy, co zrobić, żeby kiedyś było nam wspaniale, skoro dziś przyszłość rysuje się marnie? Jak wybrnąć z martwego punktu? Moi rodzice w moim wieku byli już po ślubie i mieli dziecko. Myśląc o tym wpadam tylko w coraz większy dołek. Jak im się to udało? Mieli super szczęście czy po prostu kiedyś było lepiej, łatwiej? Czemu dziś nie jest tak, jak było dawniej? Bardzo dużo pytań, niewiele odpowiedzi, a w głowie ciągle mętlik. Jak wejść w dorosłe życie? Jak to się robi?
Mikołajek w opowiadaniu Kleofas ma okulary!: Inna sprawa, że najlepszy w klasie jest Ananiasz, jedyny, co nosi okulary, i dlatego nie możemy go lać tak często, jakbyśmy chcieli. Zachowanie Ananiasza: […] Ananiasz zaczął krzyczeć i płakać. Mówił, że to oszukaństwo, że nie mamy prawa być najlepsi, że się poskarży, że nikt go nie kocha, że jest bardzo nieszczęśliwy i że się zabije. Opis placu z rozdziału Camping: […] w naszej dzielnicy, tuż koło mojego domu, jest niesamowicie fajny pusty plac pełen skrzynek, papierów, kamieni, starych puszek, butelek i nadąsanych kotów. A najważniejsze, że stoi tam taray samochód, który nie ma kół, ale i tak jest okropnie fajny. Opis filatelistyki przez Rufusa: I opowiedział, że jego tata podsunął mu pomysł zbierania znaczków, że to się nazywa filatelistyka i jest strasznie pożyteczne, bo oglądając znaczki człowiek uczy się historii i geografii. Jego tata powiedział mu też, że taka kolekcja znaczków może osiągnąć znaczną wartość. Był nawet jakiś król angielski, którego kolekcja warta była masę pieniędzy. Wypowiedź Rufusa z opowiadania Filatelistyka: Gdyby król Anglii grał w piłkę nożną zamiast zbierać znaczki, nie byłby bogaty. A może nawet nie byłby królem. Opis opiekuna Rosoła: Rosół to nasz opiekun. On zawsze ma się na baczności, jak widzi nas razem, a ponieważ stale jesteśmy razem, bo fajna z nas paczka, więc Rosół przez cały czas musi mieć się na baczności. Mikołajek w opowiadaniu Deszcz: Chociaż z deszczem i tak jest kupa śmiechu. Można podnosić głowę i otwierać usta, żeby połykać krople wody, można chodzić po kałużach i ochlapywać kolegów, można włazić pod rynny, a sami wiecie, jak to zimno, kiedy woda wpada za kołnierz, bo jasne, że nie warto włazić pod rynnę w płaszczu nieprzemakalnym zapiętym pod szyję. Sytuacja w klasie podczas przerwy: ale ledwieśmy wstali i zaczęli krzyczeć, do klasy wpadła nasza pani, cała czerwona i wściekła. Nie widziałem jej tak rozgniewanej co najmniej od tygodnia. Scena podczas wizyty lekarzy Ale nikt się nie ruszył, więc lekarz pokazał palcem pięciu z nas. strona: - 1 - - 2 -
"Mikołajek wiedzie spokojne życie. Ma rodziców, którzy go kochają, bandę fajnych kolegów, z którymi dobrze się bawi - i wcale nie chce, aby to się zmieniło! Lecz pewnego dnia podsłuchuje rozmowę swoich rodziców, z której wnioskuje, że jego mama spodziewa się dziecka. Mikołajek wpada w panikę i wyobraża sobie najgorsze: wkrótce pojawi się mały braciszek, którzy zajmie tyle miejsca w życiu rodziców, że jego, Mikołajka, porzucą samego w lesie jak Tomcia Palucha...." to słowem wstępu od dystrybutora filmu, żeby było wiadomo, o czym jest. Teraz ode mnie: O fabule nic więcej nie napiszę. Nie da się, a raczej nie ma po co. Większość z nas zna Mikołajka choćby ze słyszenia. W moje ręce wpadły jedynie Jego - Nieznane przygody. Lektura ok, ale na kolana nie rzuciła. Jak to ja, film włączyłam ze sceptycznym nastawieniem. Dzieci zasiadły, a ja krzątałam się wyłapując to i owo, nieskora do przerwania zajęć. Dzieciaki rechoczą! Rechocze mąż, co to próg domu ledwo przekroczył, stanął, patrzy, nawet obiadu nie woła. Wytrzymałam 5 minut. Rzuciłam wszystko i zajęłam miejsce przed TV. Dobrze zrobiłam. To było kilkadziesiąt minut rewelacyjnej zabawy, cudownego poczucia humoru. Nie często się zdarza, że obroni się film zrealizowany w oparciu o książkę (szczególnie tak popularną), a jeszcze rzadziej można powiedzieć, iż jest dobry. Ten zdecydowanie się udał! Dzieciaki grają rewelacyjnie (chociaż spotkałam się z krytyką Ananiasza, który tu podobno ciut stracił ze swej "atrakcyjności"). Ewidentnie musiały dobrze się bawić na planie. Wszystko wychodzi im bardzo naturalnie, a przecież odrobinę przeniesiono je w czasie. I ta nauczycielka! Jej mimika! Bezcenna;). Mikołajek i Jego przyjaciele są tak słodko niewtajemniczeni w sprawy świata dorosłych. Aż żal za serce chwyta, gdy zestawi się ich ze współczesnym chłopcem w tym samym wieku. Te nasze, czasem są ciut zbyt dobrze zorientowane, i brak im pewnej naiwnej niewinności. Paczka Mikołajka, świata może i nie zna, ale wykazuje się niebywałą inwencją, wyobraźnią przy rozwiązywaniu problemów. I niby niektóre pomysły (bandyta!) są dość przerażające, to jednak potrafią wybrać właściwą drogę, wiedzą, co tak na prawdę jest ok a co nie. Jest to zupełnie inny model kumpelski niż obecny. Niestety. Może warto by nasi chłopcy zobaczyli, że można inaczej, niż przed komputerem, spędzać czas? Bez wahania powiem, że film koniecznie powinni obejrzeć wszyscy. Dzieci, rodzice, dziadkowie. Super zabawa murowana. Inteligentna i niepozbawiona głębszej myśli opowieść, zlepiona z wielu historyjek płynnie się toczy, nie ma dłużyzn, scen wprowadzonych nie wiadomo po co. Nie widzę też powodu, by na jednym razie poprzestać. Wręcz przeciwnie. Gorąco polecam, a sama zamówiłam cały cykl o Mikołajku i będę czytać. Dzięki filmowi postacie z książki ożyły i na pewno dostarczą mi niezapomnianych wrażeń. Polecam gorąco! polecamy
jak mikołajek wyobrażał sobie dorosłe życie